babeczki jaglane (bezglutenowe i bezmleczne)

//

 

/artykuł sponsorowany/

 

Święta Wielkanocne: za dużo jedzenia, za mało dni do przejedzenia. Święta Wielkanocne: za dużo jedzenia, za mało dni do przejedzenia. Święta Wielkanocne: za dużo tłustości, za mało ruchu (siedzenie przy stole to trochę mały ruch)

Święta Wielkanocne: za dużo jedzenia, za mało dni do przejedzenia. Święta Wielkanocne: za dużo jedzenia, za mało dni do przejedzenia. Święta Wielkanocne: za dużo tłustości, za mało ruchu (siedzenie przy stole to trochę mały ruch)

niestety widzę coraz wyraźniej, że Święta Wielkanocne są po prostu źle wyważone. ich elementy mają po prostu złe proporcje. od wielu lat. nikt nie pości już tak jak dawniej, by móc sobie pozwolić na majonez, duże ilości jajek czy tłustych wędlin. nikt też po Świętach nie wraca do ciężkiej pracy w polu, kiedy się skończą. tyle się zmieniło… no, może poza uginającymi się od dobrodziejstw kuchni stołu.

a na końcu ciasta. koniecznie babka i mazurki.
i wszystko to z ciężkim lukrem, maślaną masą i mnóstwem kalorycznych bakalii.

a my odstawiamy mąkę pszenną. nie obrażamy się na nią, ale od nadmiaru glutenu wszyscy czujemy się źle, więc przestawiliśmy się na inne rodzaje mąki, by całkowicie nie rezygnować z mącznych potraw, które tak uwielbiamy.

zainwestowaliśmy z mikser wysokoobrotowy (przynajmniej 30 tyś.obrotów, kielichowy i absolutnie niezniszczalny). Postanowiłam skorzystać z promocji (o których, nota bene dowiedziałam się z lidlowskiej gazetki) i obkupić się w różnego rodzaju kasze i suche rośliny strączkowe, gdyż mikser idealnie robi z nich mąki.

okazało się, że rewelacyjnie sprawdza się też do przyrządzania domowego mleka roślinnego czy masła zarówno kokosowego jak i orzechowego. dlatego w Święta na stole pojawiły się u nas mini babki (odwrócone cupcakes/ muffiny) całkowicie bezglutenowe. na bazie mąki jaglanej (mała uwaga: domowej roboty mąka z kaszy jaglanej jest słodka; ta sklepowa niestety jest gorzka)

babeczki jaglane

babeczki jaglane (bezglutenowe i bezmleczne)

/16 małych babeczek lub jedna babka o średnicy 23 cm/

s k ł a d n i k i:

250 g mąki jaglanej
130 g rozpuszczonego i lekko przestudzonego masła klarowanego
4 jajka
1 duży banan
150 g trzcinowego cukru
2 łyżeczki bezglutenowego proszku do pieczenia
4 łyżki wiórków kokosowych

do posypania: cukier puder lub ewentualnie polewa z gorzkiej czekolady, rozpuszczone w kąpieli wodnej.

w y k o n a n i e:

1. Włączyć piekarnik na 180*C.
2. W misce wymieszać najpierw „suche” składniki (mąkę, dodać cukier, wiórki, proszek do pieczenia), dodać jajka i wymieszać lub zmiksować.
3. Wciąż mieszając/miksując dodawać powolutku masło.
4. Do ciasta dodać także banana rozgniecionego dokładnie na papkę (można zmiksować, oczywiście).
5. Formę na babeczki natłuścić i obsypać mąką lub po prostu wypełnić do 3/4 wysokości, jeśli mamy foremki silikonowe. Piec przez ok. 20-25 min. Do „suchego patyczka”. Jeśli pieczemy babkę: Foremkę dobrze natłuścić i wlać ciasto. Ostukać, by się dobrze rozprowadziło i piec od pół do niespełna godziny (30-50 min), ważne, by było to do „suchego patyczka”. 6. Po wyjęciu z piekarnika potrzymać z foremce/foremkach około kwadransa i ostrożnie wyjąć. Babeczki odwrócić do góry nogami na kratce, by równomiernie wystygły, po czym tak odwrócone włożyć do suchych, nieco większych papilotek tak, by kształtem przypominały babkę w miniaturze.
Na koniec obsypać cukrem pudrem lub oblać gorzka czekoladą.
Kilka dni pod przykryciem utrzymują świeżość.

babeczki jaglane bezglutenowe bezmleczne

babka jaglana bezmleczna bezglutenowapodpisZapisz

Zapisz

Zapisz

kruche ciasteczka (bezmleczne i bez cukru)

świeci słońce, chociaż mróz – jest pięknie.
Mania śpi niczym rumiane jabłuszko.
słucham jej równego oddechu.
rozkoszuję się tym pierwszy raz po dłuższym – niespokojnym dla nas – czasie.

ból głowy nie mija wraz z kawą. czuję, jak kręgosłup boleśnie odpoczywa.
zamykam oczy. mam wreszcie czas.
chwilę, by wziąć głębszy oddech i szybko podładować bateria.
dopiero połowa dnia.
ta trudniejsza wciąż przede mną.

sięgam po dwa nieduże ciasteczka, które piekłyśmy wraz z Bu. wyszły niesamowite, chociaż nie miały cukru ani mleka…

kruche maślane ciasteczka bez mleka i cukru

kruche ciasteczka bez cukru i mleka przepis

s k ł a d n i k i:

- szklanka mąki (pszennej lub ryżowej)
- puszka mleka kokosowego
- 2 łyżki płatków migdałowych
- 4 łyżki kleiku ryżowego (jak dla małych dzieci)
- 3/4 kostki masła klarowanego

w y k o n a n i e:

1. mleko kokosowe podgrzewać w rondelku, wrzucić drobno posiekane płatki migdałowe (najlepiej zmielone lub zmiksowane wraz z mlekiem).
2. gotować na średnim ogniu, od czasu do czasu mieszając, by mleko odparowało jeszcze trochę swojej wody*. dodać kleik ryżowy, mieszając, by nie utworzyły się grudki. wystudzić.
3. w misce połączyć masło (temperatura pokojowa lub nawet płynne, byle nie gorące), mleko kokosowe i mąkę. wymieszać, zagnieść. odstawić do lodówki na 30 min. jeśli masło było płynne – czekać dłużej, aż ciasto będzie mocno zimne.
4. rozwałkować ciasto na grubość max 0,5 cm, wykrawać ulubione kształty i układać na blaszce wyłożona papierem do pieczenia (mi wyszło 2,5 blaszki ciasteczek o różnych, średniej wielkości kształtach)
5. piec w 180*C prze 15-20 min., aż ciasteczka będą lekko złote.

*mleko kokosowe można wieczorem dnia poprzedzającego pieczenie włożyć do lodówki, by woda odseparowała się od „śmietanki” kokosowej. zdjąć z góry „śmietankę”, połączyć z migdałami, lekko podgrzać i zmiksować. dalej postępować wg przepisu.

 

kruche ciasteczka bez cukru i mleka

kruche ciasteczka bezmleczne i bez cukru przepis

podpis

Zapisz

Ryby w naszej kuchni – Birgitta Rasmusson [RECENZJA]

Nie wiem jak wy, ale ja mam niedosyt ryb w kuchni. Rybę znam smażoną, pieczoną, na parze… no i te w zalewie na ostro czy kwaśno. Żongluję tylko przyprawami, czyli raczej z lekka powiewa nudą. Tymczasem w moje ręce wpadła książka „Ryby w naszej kuchni” Birgitty Rasmusson od wydawnictwa REA-SJ…

ryby na naszum stole rea sj recenzja

Przeglądam książkę na szybkiego i od razu się nią zachwycam: to naprawdę mini przewodnik po rybach wraz z mnóstwem (aż 200!) przepisów. Na pierwszy ogień Czytelnik zostaje zaatakowany wręcz rybą jako taką. Bo jeśli gotujesz to chyba trochę wstyd nie wiedzieć jak wygląda dorsz czy śledź. Jeśli chociaż przez chwilę zrobiło ci się głupio, że tego nie wiesz – teraz możesz z łatwością te braki nadrobić. Zdjęcia ryb z podziałem na rodziny znajdziesz na pierwszych stronach książki.

ryby w naszej kuchni recenzja

Skoro już się dowiedziałeś, jak wygląda sandacz i jak rozróżnić turbota od „flądry królewskiej”, która tak naprawdę jest dużą gładzicą, to możesz przejść dalej i dowiedzieć się co nieco o rybach, jako elementu naszej diety wraz z podziałem na te tłuste i chude.

A potem mamy mały instruktarz jak sprawiać, odfiletować różnego rodzaju ryby, jak je dzielić czy zdejmować skórę. Kiedy już mamy ten kawałek ryby, autorka prowadzi nas przez różne sposoby przyrządzania ryby, zaczynając od tego, jak dobierać czas i temperaturę do danego kawałka. Bardzo przydatne, bo nie wystarczą przyprawy i zmysł smaku – trzeba jeszcze umieć podać tę rybę tak, by nie była ani surowa ani przeciągnięta.

ryby w naszej kuchni recenzja3

To, co mnie zachwyca, to precyzyjność, dokładność przy podawaniu przepisów czy porad kulinarnych. Nie ma „czarnych dziur”, wręcz przeciwnie: pojawiają się w końcu odpowiedzi na pytania krążące po głowie niemal każdej gotującej osobie. I do tego zdjęcia: krok po kroku.

ryby w naszej kuchni recenzja4

Ale, ale! Mamy bonus! Bo ryby, rybami, a co ze skorupiakami, coraz popularniejszymi, a wciąż egzotycznymi (bo w tradycyjnych książkach kucharskich przepisów na nie brak)? No to tu znajdziecie odpowiedź. Dokładnie tak samo pieczołowicie potraktowano owoce morza, jak ryby: jak policzyć z nich porcje, jak dzielić, gotować…

Dopiero kiedy mamy w głowie podstawy, możemy przejść do drugiej części, w której znajdziemy przepisy. I tutaj mamy kilka kategorii: Potrawy z ryb słodkowodnych, potrawy z ryb dorszowatych i makrelowatych, potrawy z ryb łososiowatych, potrawy ze śledzi, potrawy z ryb flądrokształtnych, potrawy z ryb egzotycznych i innych, potrawy ze skorupiaków oraz sosy i dodatki.

ryby w naszej kuchni recenzja2

Moim skromnym zdaniem wyczerpuje temat jeśli chodzi o takiego domowego kucharza jak ja. I – jak na naprawdę niegrubą książkę – jest wypełniona po brzegi. I powiem więcej: przepisy są bardzo zróżnicowane. Są i proste, mało wymyślne, ale i te z które definiują wyższą szkołę jazdy w kuchni. Niemniej na pewno ja się przy niej rozwinę i sądzę, że niejeden kucharz.

ryby w naszej kuchni recenzja1

Co do oprawy graficznej, to zdjęcia instruktażowe są dokładne i dobrej jakości, chociaż miniaturki. Jeśli chodzi o zdjęcia do przepisów też nie można im wiele zarzucić: apetyczne, dobrze sfotografowane i wystylizowane. Tylko… nie obraziłabym się, gdyby było ich więcej, bo średni zdjęcie pojawia się raz na 4-5 przepisów. Ale instrukcje są jasne i precyzyjne, więc nie będzie problemu z próbowaniem nowych technik i sposobów przyrządzania rym, czy owoców morza.

Moja ocena: Bardzo polecam. Oprócz zdjęć, których mogłoby być (wśród przepisów) więcej, bardzo mi podeszła. Zobaczymy jeszcze jak będzie z przepisami, bo – siła rzeczy – nie mogłam ich wypróbować.

Tytuł: Ryby na naszym stole
Autor: Birgitta Rasmusson
Wydawnictwo: REA-SJ
Rok wydania: 2016

ISBN: 9788379931460
Oprawa: miękka lecz usztywniona, papier błyszczący
Liczba stron: 192

Recenzja powstała dzięki uprzejmości wydawnictwa REA-SJ:

Wydawnictwo REA Sp. z o.o.

Zapisz

Zapisz

„Mega zupy na cały rok” – recenzja

mega zupy na cały rok recenzja

U mnie w domu zawsze była zupa. Drugiego mogło nie być. Pamiętam nawet, że miałam ich przesyt. Od jakiegoś czasu jednak częściej wybieram zupę, niż jakiekolwiek inne danie. Jesienią – rozgrzewającą, zimą – sycącą, konkretną (ale nie ciężką czy tłustą!). W lecie chłodniki mogłabym jeść na okrągło, a wiosną lekkie, niezabielane zupy z mnóstwem warzyw. Tych tradycyjnych zup polska tradycja ma naprawdę sporo. A i tak potrafią się przejeść. Wtedy, by z chęcią sięgnąć po miseczkę zupy, szukam urozmaicenia.

Książka „Mega zupy na cały rok” trafiła w me ręce w idealnym momencie: półmetek zimy, a ja już nie mam pomysłu. Kartuję na szybko i od razu zauważam idealną, prostą zupę z zielonego groszku…

To, co od razu rzuca się w oczy, to przyjemny format, który nie straszy gabarytami, nie zajmuje połowy blatu. Jednocześnie nie jest to wersja mini. Okładka nie jest twarda, lecz lekko usztywniona, co nie dodaje jej dodatkowej wagi.

mega zupy

Książka ma 5 rozdziałów: zupy na zimno, zupy wege, zupy z wkładką, zupy – nowe smaki, zupy energetyzujące. Bardzo konkretny, dobry podział.

Kolejna rzecz to zdjęcia. W ogóle cała książka jest nowoczesna: ładne, nieprzesadzone zdjęcia. Apetyczne, zachęcające do wypróbowania, ale nie są to dzieła sztuki. Nie muszą, przynajmniej ja tego nie wymagam. Spełniają moje „wymogi”, nie zrażając. Nie wszystkie przepisy mają swoje zdjęcie, ale większość. Zauważyłam też, że zdjęcia nie są „równe”. Różnią się od siebie stylem, światłem, sposobem ujęcia, prezentacją dania itp. Podejrzewałam, że było kilku fotografów. I miałam rację, odkrywając na jednej z pierwszych stron wykaz autorów zdjęć i ich źródeł. Ale powtórzę: mnie to nie razi i nie odstrasza.

mega zupy wydawnictwo rea-sj

Co do przepisów – uwaga – nie są ani skomplikowane, ani wyjęte z kosmosu, ze składnikami z końca świata. W zasadzie są to proste połączenia smaków nam znajomych. Oczywiście jest kilka przepisów, które zawierają egzotyczny składnik, jak np. mleko kokosowe. Ale czy w dzisiejszych czasach kogoś to martwi? Może je już kupić praktycznie w każdym markecie. Chcę jednaka podkreślić, że ta prostota i dostępność produktów nie klasyfikują tej książki jako mniej odkrywczej a zatem mniej wartościowej. Bo obecnie widzi się tendencję do ciągłego kombinowania, jakby nowy smak nie mógł powstać z tych nam już znanych. Są jednak wśród kucharzy ci, którzy uwielbiają prostotę. I o ile wielcy szefowie potrafią się nad nią rozpływać, o tyle blogerzy idą na całość. Dość desperacko jednak.

Muszę powiedzieć, że jestem książką zachwycona. Bo to było dokładnie to, czego potrzebowałam. Inspiracji, przypomnienia, że jeszcze mogę pójść w tę stronę, a za chwilę w tamtą. I nie muszę przy tym odwiedzać sklepu z azjatycką żywnością. Więcej: przepisy są naprawdę proste i szybkie, chociaż nigdzie nie ma ani słowa o kostkach rosołowych. Nikt nie straszy pięciogodzinnym gotowaniem wywaru, ale jest kilka uwag, które organizację pracy w kuchni mogą poprawić.

mega zupy na cały rok walka w kuchni

Moja ocena: Bardzo polecam. Jeśli jak ja ostatnio jesteście zwolennikami zup – ta książka jest dla was. Tyle w temacie.

Tytuł: Mega zupy na cały rok

Autor: praca zbiorowa

Wydawnictwo: REA-SJ

Rok wydania: 2016 ISBN: 9788379932269

Oprawa: miękka lecz usztywniona, papier błyszczący

Liczba stron: 128

Recenzja powstała dzięki uprzejmości wydawnictwa REA-SJ:

Wydawnictwo REA Sp. z o.o. Zapisz Zapisz

Zapisz

„Kuchnia na plebanii. 200 tradycyjnych przepisów księżowskich gospodyń” – Łukasz Modelski

Czy zauważyliście, że w ostatnim czasie książki kulinarne wydawane są w taki sam sposób? Przepis na białym tle, obok ogromne zdjęcie potrawy. A fotografia zawsze tak wyszykowana, że na ścianie można powiesić: a to rustykalnie, to znów w bieli, kolejne koniecznie od góry. Mnie to nie przeszkadza, jednak kiedy trzymam w rękach „Kuchnię na plebanii. 200 tradycyjnych przepisów księżowskich gospodyń” już wizualnie odbiega od głównego nurtu…
 

kuchnia na plebanii okladka

Zobaczyłam okładkę, przeczytałam tytuł i pomyślałam: „jest nieźle”. W końcu książka zatytułowana w ten sposób mogła na okładce mieć taką właśnie gospodynię z szykownej podomce, która stałaby w swojej kuchni i trzymała brytfankę z pieczonym kurczakiem lub ciasto drożdżowe. A jednak widzę piękną czerwień. Książka chyba miała być stylizowana na dawne książki kucharskie. Matowa i taka przyjemna w dotyku.

kuchnia na plebanii

Kartkuję ją na szybkiego i widzę, że nie ma ani pół zdjęcia. Kilka symbolicznych rysunków, ale żadnej ilustracji przedstawiającej potrawę, tylko same przepisy. I tekst. Struchlałam: będzie ciężko.

 Tymczasem spokojnie zaczęłam od wstępu i już wiedziałam, że będzie dobrze. Łukasz Modelski, autor książki, zaznacza, że książka ta ma dla niego wartość niejako historyczną (szukając gospodyń wnet zorientował się, że wiele z nich już odeszło). A ja, z wykształcenia historyk, od razu poczułam się jak ryba w wodzie.

Książka ta to nic innego, jak siedem rozmów z ośmioma gospodyniami. To dialog, w którym pojawiają się przepisy na dania, które serwuje się księżom na plebanii. A co ksiądz, to inny obyczaj; co gospodyni, to inny przepis na rosół. Ponieważ wiele dań różni się ode siebie, niektóre z nich pojawiają się kilkukrotnie. Aż kusi spróbować do porównania. Modelski podaje przepisy w niezmienionej narracji, w jakiej są mu one podane. Jednak wszystko jest bardzo czytelnie zrobione: nie sposób przeoczyć przepisu, bo nazwa dania zawsze umieszczona jest w ramce, a tekst przepisu – kursywą. Dla ułatwienia na marginesach Modelski podaje ilości składników.

kuchnia na plebanii recenzja

Osobiście bardzo podoba mi się, że nie mam tu do czynienia ze zwykłą książką kucharską, a z rozmowami z bardzo konkretnymi ludźmi, kobietami, które od kilkunastu lat gotują na plebaniach w całej Polsce. I to się czuje, bo tekst jest bardzo naturalny. Rozmowy te czyta się lekko i przyjemnie. Poniżej prezentuję maleńki fragment, byście poczuli klimat:

Jaka potrawa jest najbardziej charakterystyczna dla tych okolic? [chodzi o Pomorze – przyp. mój]
Kiedyś się robiło taki serek kiszony. Z mleka powstawał ser, który potem zaczynał fermentować z białą pleśnią. Musiał trochę skisnąć, ale ludzie robią i bez kiśnięcia, z twarogu, choć kiszony lepszy.

KISZONY SEREK

składniki:

- 1 kg tłustego białego sera
- 2 szklanki śmietany
- 2 żółtka
- kminek
- sól
 
Twaróg trzymać poza lodówką, aż zacznie lekko kisnąć (dwa, trzy dni). Rozdrobnić i włożyć do miski, lekko osolić. W dużym garnku przygotować kąpiel wodną, umieścić w niej miskę z serem. Dodać kminku do smaku. Podczas gotowania mieszać, żeby nie przywarł do miski. Kiedy zacznie się topić dodawać śmietany i żółtek w zależności od pożądanej konsystencji – może być do krojenia lub do smarowania.

Nie każdy twaróg się rozgotuje tak ładnie, jeśli ma za dużo serwatki, to serek się nie uda.”

Prawda, że bardzo naturalnie? Początkowo myślałam, że książka będzie idealnym prezentem na Dzień Babci, bo ona lubuje się w takich starych przepisach. Jednak im dłużej czytałam, tym większą miałam ochotę zatrzymać tę książkę w domu. I sprawdzić każdy z siedmiu sposobów robienia rosołu. Kusi mnie, by powstał o tym wpis.

kuchnia na plebanii lukasz modelski

Tymczasem…

Moja ocena: Polecam / bardzo polecam. Nie jest to jednolita najwyższa nota, zgadza się. Ale to nie przez brak zdjęć, które tak uwielbiam. W tej książce mi to nie przeszkadza. Niektóre przepisy nie są precyzyjne. Składniki – owszem. Niestety opis sposobu wykonania już nie zawsze. Bałabym się ryzykować. Ale kto wie, może moja babcia – nie, bo wiedziałaby „w czym rzecz”.

Tytuł: Kuchnia na plebanii. 200 tradycyjnych przepisów księżowskich gospodyń
Autor: Łukasz Modelski
Rok wydania: 2016
ISBN: 9788308062463
Oprawa: twarda, papier Ecco Book Cream
Liczba stron: 240

 
Miałam ogromną przyjemność recenzowania tej książki dzięki uprzejmości Wydawnictwa Literackiego.

_____________________________________________

Zapisz

bezmleczne kokosowe placuszki

leżę obok Maniuli. śpi.
ale słyszę, jak ciężko oddycha.
przykładam rękę do czoła i już wiem, że jej organizm z czymś walczy.
z czymś więcej niż tylko śpik do pasa.

nie mogę się ruszyć, bo od razu się wybudza – tak czujnie śpi.

miał być dwudaniowy obiad, będą racuszki.
tak dla odmiany już trzeci raz w tym tygodniu.
szybkie, proste i w ogóle nie muszą się znudzić, bo możliwości jest od groma.

u nas bezmleczne.

placuszki kokosowe
przed Wami placuszki kokosowe

s k ł a d n i k i:

- 2/3 szklanki mleka kokosowego
- 1 duże jajko
- 1-1,5 szklanki mąki pszennej (jasnej, typ nie gra roli)
- 1,5 łyżeczki proszku do pieczenia
- 2-3 łyżki wiórków kokosowych (mogą być te, które zostały po odciśnięciu domowego mleka kokosowego)
- szczypta soli
- 2 łyżeczki cukru brązowego

w y k o n a n i e:

1. wszystkie składniki należy połączyć za pomocą widelca bądź trzepaczki na gładką masę. powinny być zimne lub w temperaturze pokojowej. nie mogą być za ciepłe, by nie aktywować proszku do pieczenia.
2. najlepiej dać ciastu odpocząć z kwadrans (chociaż ostatecznie można ten punkt pominąć).
3. ciasto nakładać łyżką na rozgrzany (nie za bardzo!) tłuszcz. smażyć na średnim ogniu na złoty kolor.

racuszki kokosowe bezmleczne

podpis

Zapisz

drożdżowe babeczki pomarańczowe

mam słabość do babeczek.
a raczej do tej wdzięcznej formie, w której mogę zamknąć
drugie śniadanie, podwieczorek i przekąskę.

jestem prze szczęśliwa, że mogę wcisnąć w nie wiele dobrego.
tak, by Bu zjadła coś wartościowego ze smakiem.

stąd na blogu ciągnę ostatnio głównie ten babeczkowo-muffinkowy temat.
ale spokojnie, odbiję sobie, kiedy Mańka będzie większa.
bo pomysłów nie brak, ale niestety okoliczności są takie, że
jadę na przepisach „last minute”, „najszybsze” i „najprostsze”.
wiem, bywało u mnie ambitniej, ale nie przeskoczę tego etapu.
trzeba go przetrwać.

przepis drożdżowe muffinki bułeczki z dżemem

no to znów (bezmleczne) muffinki. babeczki. drożdżowe.
pomarańczowe, z dżemem pomarańczowym.

s k ł a d n i k i:

- 1 1/2 szklanki mąki (pszennej, jasnej)
- 1/3 szklanki cukru
- 0,5 szklanki mleka kokosowego (tego domowej roboty)
- 50 g drożdży
- 1 jajko
- szczypta soli
- 100 g masła klarowanego, rozpuszczonego i wystudzonego.
- skórka starta z jednej pomarańczy, z odrobiną (2 łyżki) soku
- dżem pomarańczowy

w y k o n a n i e:

1. mleko zagrzać, by było ciepłe, lecz nie gorące, bo zabije drożdże. dodać łyżeczkę cukru i drożdże. wymieszać i odstawić na kwadrans, aż drożdże ruszą.
2. do reszty cukru wbić jajko i dobrze wymieszać (utrzeć, ale nie na puszysto).
3. do drożdży dodać mąkę, jajko utarte z cukrem oraz masło.
4. zamaszyście mieszamy widelcem, by napowietrzyć ciasto.
5. całość przykryć czystą ściereczką i odstawić do ciepłego miejsca na 30-40 min.
6. do ciasta dodać startą skórkę z pomarańczy i sok. zamieszać.
7. nakładać do foremek wyłożonych papilotkami po pół łyżki. następnie na środek kłaść płaską łyżeczkę dżemu pomarańczowego, a na końcu „przykryć” łyżką ciasta.
8. piec 30-40 min w 180*C.

drożdżowe babeczki z pomarańczą

drożdżowe babeczki bezmleczne pomarańczowe

podpis

Zapisz

„CasaMia. Domowa kuchnia włoska: gotowanie z miłością i pasją!” Cristina Bottari

casamia recenzja

CasaMia to następna książka Cristiny Bottari, autorki bestsellerowej MammaMia. To jakby kolejna część. I od razu przed oczami staje mi przebój filmowy (żeby to jeden!), którego fani pędzą na złamanie karku do kina na jego drugą a nawet trzecią część i wychodzą… rozczarowani odgrzewanym kotletem. Z czasem utarło się, że „dwójki” nigdy nie warto oglądać, bo „wiadomo, że będzie słabsza”. Czy CasaMia to taka właśnie „dwójka”, czy może jednak kolejny hit?

Nie wiem. Wiedziałam, że CasaMia to kolejna część, ale na oczy nie widziałam tej pierwszej. I nie żałuję. W zasadzie muszę powiedzieć, że się cieszę. Przyjęłam założenie, że nie spojrzę na tę książkę jak na filmową „dwójkę”. Zawsze odpychała mnie reklama z gatunku „książka autora bestselleru…” i tego typu. Bo dla mnie to brzmi, jakby sama książka nie mogła się obronić, reklamując się swoją „siostrą po fachu”. Ale to ja. Postanowiłam więc odłożyć uprzedzenia na bok.

casa mia książka kucharska

Otworzyłam książkę i moim oczom ukazała się rodzinna uczta. Bardzo po włosku. Mimo uporządkowania odnosi się jednak wrażenie, że panuje w niej jakiś rozgardiasz. I jest to urocze a nawet przyjemne: kolaż zdjęć tych współczesnych z tymi z dawnych lat, porady, historie rodzinne i anegdoty, ale przede wszystkim mnóstwo przepisów. Z książki bije jakieś ciepło i swojskość, chociaż Włochów nijak porównać do Polaków. Człowiek po prostu czuje się u siebie.

Od razu zaznaczę, że w kuchni jestem konkretna (nawet jeśli odmierzam składniki na oko) i kiedy wchodzę w kulinarnie mi obce rejony, wolę jednoznacznie brzmiące przepisy, których nie muszę szukać między wierszami jakiejś opowieści. Jeśli książka ma mi pomóc lepiej gotować, historyjki o wspólnym pieczeniu ciasteczek autorki z jej babcią tylko utrudnią mi odczytanie przepisu. Dlatego przypuszczałam, że klimat panujący w książce uczyni ją książką bardziej do przeglądania a nie do gotowania. Jakaż była moja ulga, kiedy natknąwszy się w końcu na przepis zobaczyłam konkret. Żadne „na oko”, przepis czytelny, instrukcja jasna i zrozumiała. Znajdziemy też informację, dla ilu osób podane są proporcje, krótkie i konkretne słowo wstępne oraz…jakie do danego dania polecane jest wino. Nie ma z góry podanej informacji o czasie przygotowania/gotowanie, ilości kalorii i stopniu trudności. Mnie to nie przeszkadza, ale fakt, że ostatnio przyjęło się to podawać.

casa mia recenzja

Ale niestety pierwszą rzeczą, jaka rzuciła mi się w oczy, to składniki, które – rzecz jasna – we Włoszech są łatwo dostępne, popularne i po prostu tanie, ale nie w Polsce. I na pewno w pierwszym lepszym spożywczaku nie dostanę ośmiornicy. Zresztą nie ma specjalnego wyboru nawet w wydawałoby się popularnych owocach morza. Wówczas naszła mnie refleksja, że wyobrażenie o kuchni włoskiej jakie mają polskie gospodynie domowe ogranicza się do pizzy, lasagne, spaghetti risotto i tiramisu. I to wszystko najchętniej adaptowane do polskich realiów. Wiecie z mnóstwem żółtego sera. Nie rozwijam tematu, bo to nie miejsce na to. Tak czy inaczej mocno się zdziwiłam i mimo wszystko spróbuję zamienić mozzarellę bufala na tę zwykłą. A pizzoccheri (wstążki z mąki gryczanej) zamienię na makaron gryczany. Sądzę też, że nie będą miała okazji zrobić zupy z płaskurki i ośmiornicy. Trudno, będę musiała z tym żyć a pewne modyfikacje autorka po prostu będzie musiała mi wybaczyć.

Przepisów jest jednak od groma, a w większości z nich jesteśmy w stanie zamienić włoski składnik na jego odpowiednik i jestem przekonana, że też nam będzie smakować.

 casa mia

Jeśli chodzi o konkrety. Książkę podzielono na siedem działów: przystawki, pierwsze dania, pizze i zapiekanki, drugie dania, warzywa i dodatki, desery i pomysły na stół. W indeksie jednak zamiast ostatniego, pojawia się dział przetwory i inny drobne przepisy. Dzięki temu ten włoski chaos zostaje ujarzmiony. A my jesteśmy w stanie dotrzeć do interesującego nas przepisu. Przy praktycznie każdym znajdziemy zdjęcie. Co jakiś czas przeczytamy jakąś poradę (mnóstwo ich także przy samych przepisach), a także poznamy nieco samą autorkę, która zwierza się ze swoich zainteresowań. Nawet jeśli nie do końca związane są z samym zamysłem książki. Wszak to książka kucharska. I znów: kogoś może to razić, ale mnie nie. O ile przepisy są przepisami a nie opowieściami.

 casa mia1

Ponieważ jemy oczami, to nie sposób pisać o książce kucharskiej, nie poruszając kwestii zdjęć, ich kadrowania i jakości. I tutaj niestety troszeczkę się rozczarowałam. Mimo że większość zdjęć jest bardzo ładnie skadrowana, a potrawy naprawdę  profesjonalnie zaprezentowane, odnosi się wrażenie, że są robione jakby przy złym, wieczornym świetle. Są jakieś pożółkłe, żywcem wzięte z tych cienkich książeczek wydawanych onegdaj z przepisami czytelników. Ciekawe, że na żywo, kiedy się dotyka stronic bardzo mi [sic!] się to rzuca w oczy, a na zdjęciach, które Wam pokazuję gdzieś to umyka. Hm. Jedynym wyjątkiem są zdjęcia deserów, których kolory wyglądają bardziej naturalnie.

Co ja generalnie myślę o tej książce? Nie wiem, czy jest to absolutny must have. Wiem jednak, że zakochani w kuchni włoskiej powinni się z nią przynajmniej zapoznać. A pozostałym poszerzy ona horyzonty i zmieni / skoryguje (niepotrzebne skreślić) myślenie o tradycyjnej włoskiej kuchni. Mnie się podoba. Na pewno wypróbuję wiele z tych przepisów, które później opublikuję na blogu. Czy polecam? Jednoznacznie tak. Nie jest to dla mnie pornfood rodzinne jedzenie ma mieć przede wszystkim smak, którego się nie zapomina. A wygląd jest tu sprawą drugorzędną.

 Zatem smacznego czytania!

PS. Książkę mogłam dla Was zrecenzować dzięki uprzejmości Grupy Wydawniczej Publicat S.A.

Tytuł: CasaMia. Domowa kuchnia włoska: gotowanie z miłością i pasją!
Autor: Bottari Cristina
Wydawnictwo Publicat (GWPublicat S.A.)
Rok: 2013
Liczba stron: 256
ISBN: 9788324519415
Oprawa: twarda

Zapisz

domowe mleko kokosowe

dziś klasyczna zadymka.
pada, jakby miało padać jeszcze dwa tygodnie
i nas zasypać na amen.

biało, bielusieńko.
nawet specjalnie mrozu nie ma.
ale siedzę opatulona w pięć warstw ciepłych, powyciąganych swetrów
i słucha równego oddechu M.

cieplutka cisza.
kubek ciepłej zupy i czekanie.

no, z tym czekaniem to minimalnie przesadziłam:
nie zbywa mi czasu wolnego.
ale lubię się rozkoszować tymi pierwszymi minutami ciszy,
kiedy dziecko zaśnie.

dziś rano, jak to mówią, wydoiłam kokosowe wiórki.
chciałam jakieś naleśniki, a może racuchy.
a może po prostu delikatnie ten barszczyk zabielić czymś orientalnym.

dziś przepis na mleko kokosowe.
bez niego nie byłoby większości moich bezmlecznych przepisów.
Bu pokochała je.

samo mleko jest z pewnością rzadsze niż to, które kojarzycie z puszek.
no i nie jest tak skandalicznie tłuste, chociaż na pewno ma więcej niż tłuste krowie.
za to wapnia ma sporo i to się liczy.
a, no i cena (tyle, co wiórki). i skład, który znam.

mleko kokosowe

mleko kokosowe

s k ł a d n i k i:

- 200 g wiórków kokosowych (bez siarki)
- 1 litr i 200 ml przegotowanej (zimnej) lub źródlanej/mineralnej (niegazowanej) wody

w y k o n a n i e:

1. do garnka wsypujmy wiórki, które zalewamy wodą. mieszamy i odstawiamy do lodówki na całą noc.
2. rano stawiamy garnek na gazie i podgrzewamy, aż będą mocno ciepłe – tak, by zamoczony (czysty!) palec dobrze czuł ciepło.
3. zdejmujemy garnek z gazu. blendujemy najdokładniej jak możemy. ja po chwili miksowania przekładam większość wiórków i pół szklanki płynu do innego naczynia, w którym jeszcze długo miksuję. dzięki temu blender „skupia się” na miksowaniu wiórków a nie na miksowaniu wody, w której raz na jakiś czas natknie się na wiórki.
4. zmiksowane wiórki przekładam do garnka.
5. przecedzam tyle płynu, ile się ta przez gazę, następnie wiórki, które zostały zawijam w gazę i ręcznie odciskam tyle płynu, ile zdołam.
6. mleko kokosowe należy trzymać w lodówce w zamkniętym pojemniku (najlepiej butelce). u mnie mleko wytrzymuje 5-6 dni i nic mu nie ma.

mleko kokosowe domowe

mleko kokosowe przepis

Zapisz

Zapisz

babeczki drożdżowe: dynia z powidłami

pada śnieg. ogromnymi płatami.
szaleje wiatr.

nie, żebym się garnęła na spacer.

za to w kuchni tak ciepło i przytulnie.
w piekarniku dynia piżmowa.
wszędzie słodkawy, lekko przypieczony zapach.

zamarzyło mi się dyniowe na drożdżach z powidłami.
niestety nie przewidziałam, że dynia piżmowa może nie być taka sucha po upieczeniu jak hokkaido.
ale uparłam się i zrobiłam babeczki, które stały się hitem i rozeszły się jeszcze ciepłe.

babeczki drożdżowe dynia powidła

(bułeczki) babeczki dyniowe na drożdżach z powidłami

 

s k ł a d n i k i (w temperaturze pokojowej):

2 szklanki mąki pszennej
3/4 szklanki purée z dyni piżmowej
100 ml mleka kokosowego (robionego, nie z puszki)
25 g masła klarowanego
10 g świeżych drożdży
1 jajko
4 płaskie łyżeczki cukru
1/2 łyżeczki soli

+ powidła śliwkowe (12 płaskich łyżeczek)

w y k o n a n i e:

1. roztopić masło i ostudzić.
2. mleko podgrzać, by było ciepłe, ale nie gorące, bo zabije drożdże, które trzeba do niego wkruszyć. dodać łyżkę mąki i łyżeczkę cukru. odstawić w ciepłe miejsce na kwadrans.
3. mąkę przesiać, po czym dodać pozostałe składniki i rozczyn (z drożdży i mleka). składniki zmiksować lub ręcznie wymieszać. na końcu dodać masło. ciasto będzie dość rzadkie, jak na drożdżowe.
4. ciasto odstawić w ciepłe miejsce na godzinę.
5. kiedy wyrośnie nakładać łyżką do silikonowych foremek (lub do zwykłych, uprzednio wyłożonych papilotkami): płaska łyżka ciasta na dno foremki, następnie płaska łyżeczka powideł (najlepiej domowej roboty) a na końcu znów łyżka ciasta tak, by przykryć powidła. całość nie powinna przekraczać 3/4 wysokości foremek.
6. odstawić na 20 min.
7. piec w 180*C przez ok. 25 min. bułeczki powinny być lekko zrumienione. ostrożnie stosować metodę suchego patyczka, by powidło nie zmyliło Was „udając” surowe ciasto.

babeczki dyniowe na drożdżach z powidłami bez mleka

babeczki drożdżowe dynia powidła bezmleczne

podpis

 

zBLOGowani.pl